sobota, 11 stycznia 2014

2014

cóż.
mamy nowy rok. nowy początek.
dla mnie to rok przełomowy. tak postanowiłam.
i tak będzie :)

jakie plany/postanowienia?
ano kilka.

1. wstawać wcześniej, nawet jeśli mam możliwość spania do południa.
2. mniej narzekać. (ostatnio to u mnie jakiś obłęd)
3. skupić się mocniej na nauce.
4. zacząć uczyć się francuskiego. albo chociaż doszkolić angielski, bo go zaniedbałam.
5. przeczytać duuuużo książek.
6. wyjechać w wakacje do pracy za granicę (marzeniem byłaby praca w zawodzie....)
7. obronić się na 5. :D hehehehe.
8. wyrobić formę tak, żeby biegać godzinę bez przerwy.

no i hmmmm.. może się zakochać? :)

a co poza tym?
jestem przeziębiona, a raczej byłam, już ostatnie podrygi choróbska na szczęście.
stąd też aktywność fizyczna zerowa, zdrowe żarcie oczywiście obecne, ale zdarzają się też słodycze.
ostatnio w sporych ilościach (okres) ale już zaczynam nad tym panować :P

tak więc nowy rok przywitany pozytywnie... :)

sesja za pasem. tyle pracy, że ojeju. a motywacji brak.
ale dzisiaj zaczynam, bo jestem w.. pewnej części ciała... :)

życzę Wam w Nowym Roku więcej sukcesów niż porażek, częstszych uśmiechów i pozytywnej energii.
a reszta... jestem zdania, że co cię nie zabije to cię wzmocni, więc trzymajcie się!




Aleksandra
 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

wyznacz cel

realny cel.
dąż do niego :)
moim celem było zrzucić co nieco, tak po prostu. bez wytycznych.
i co?
centymetry poszły, a rodzina i znajomi pytają "schudłaś?"
naprawdę budujące uczucie.
teraz tylko trzeba się skupić na tym, żeby tego nie zaprzepaścić :)
i oczywiście brnąć w to dalej!

dlatego kolejny cel to...
3 tygodnie z Ewką!
ostatnio raczej wolę iść na spacer niż biegać, czy wyginać się na podłodze, ale od dzisiaj to zmieniam.
Ewka budzi wiele kontrowersji, ale jak dla mnie ćwiczenia naprawdę są efektywne i mi sprawiają frajdę :)
myślę, że ważne jest, aby dopasować do siebie i swoich możliwości program, a reszta to już tylko samozaparcie :)

3 tygodnie, bo oczywiście znam siebie i wiem, że w Święta nie będzie na to czasu :)

who's with me?

PS
jak tam Andrzejki?
u mnie weekend wyglądał mniej więcej tak:


ale już doszłam do siebie, hyhyhy :)

Pozdrawiam

Ola


niedziela, 17 listopada 2013

dlaczego warto biegać?

dzisiaj coś o bieganiu.
codziennie patrząc przez okno widzę jak w oddali ludzie dreptają (wolniej lub szybciej) wzdłuż Wisłoka i sama nabieram ochoty i motywacji na bieg.

obecnie staram się biegać 1-3 razy w tygodniu, ale bywa też, że w ogóle rezygnuję (szczypta lenistwa i łyżka zmęczenia). kupiłam sobie legginsy termoaktywne, zimno mi teraz niestraszne więc na pewno się nie poddam :)

chciałabym napisać coś o korzyściach płynących z regularnego biegania, które na pewno Was (i mnie) zmotywują:



 - wydatkujesz ogrom energii - godzina biegu w średnim tempie to około 1000 spalonych kalorii (w zależności od wagi), a więc wystarczy biegać dwie godziny w tygodniu żeby zgubić ponad kilogram w miesiąc :) podzielmy sobie to na 4 sesje treningowe po pół godziny i wcale nie taki diabeł straszny, prawda? :)




- wzmacniasz cały organizm - podnosimy odporność (co szczególnie się przyda w obecnym okresie), wzmacniamy kości, mięśnie, poprawiamy sprawność ruchową, wydolność organizmu (odkąd biegam nie sapię już po wejściu schodami na 8 piętro, co uważam za mój mały osobisty sukces :)

- zapobiegasz chorobom- zmniejszysz ryzyko chorób serca, układu pokarmowego oraz cukrzycy typu II


- dotleniasz mózg - aktywność fizyczna wspomaga koncentrację, usprawnia pamięć, wzbogaca wyobraźnię, czyli kolokwia i sprawdziany nam nie straszne :)

- poprawisz przemianę materii, z czym wiąże się większe wydalanie toksyn z organizmu a więc: piękniejsza skóra, włosy, lepsze samopoczucie!




 

- bieganie to bomba energetyczna - ładuje nasze akumulatory. może to wydaje się komuś nielogiczne, ale tak jest - po biegu mamy jeszcze więcej energii niż przed :) po prostu dostajemy powera - a organizm domaga się: jeszcze, jeszcze!




- euforia! - istnieje takie pojęcie jak euforia biegacza, która pojawia się przy długotrwałym wysiłku fizycznym, po około 40 minutach. niweluje uczucie zmęczenia i bólu. dzięki temu masz siłę i ochotę biec dalej, a stan ten utrzymuje się jeszcze długo po zakończonym wysiłku.
ja osobiście nie doświadczyłam jeszcze tego uczucia przy bieganiu, bo biegałam najwyżej 25 minut, ale miałam tak przy tańczeniu, wtedy zapomniałam o czasie (byłam na haju endorfinowym) i obudziłam się po 1,5h i stwierdziłam że w sumie chyba wystarczy :D



- bye bye stres i zmartwienia - wybiegaj wszystko co Cię trapi. to pomaga. oczyszcza umysł i serce. jesteś wkurzona - biegnij wściekle, ile masz sił w nogach, jesteś smutna - biegnij wolno, ale do celu. jak już kiedyś pisałam do każdego nastroju da się dopasować odpowiednią aktywność fizyczną, która sprawi, że świat stanie się znów kolorowy i pełen życia :)



- staniesz się nieustraszona - nigdy nie lubiłaś biegać? ja też. nienawidziłam tego. miałam takie okresy, że zaraz po biegu po prostu wymiotowałam i słabłam. a nauczyciele w szkole tego nie rozumieli. i stąd wziął się biegowstręt. ale pokonałam swoje obiekcje, zaczęłam we własnym tempie i... pokochałam to :) dało mi to siłę i wiarę we własne siły, skoro mogłam polubić na nowo bieganie - zdałam sobie sprawę, że wszystko jest możliwe! zyskałam nowego "przyjaciela" :)




to co, jeszcze tylko odpowiednie buty i idziemy? :)


/
przepraszam za nieregularność w pisaniu, ale mam taki młyn na uczelni i w życiu prywatnym, że:
1. nie chcę pisać czegoś na odwal, żeby się tylko pojawiło;
2. nie chcę przelewać tutaj złej energii, która mnie ostatnio niestety otacza
3. liczę na wyrozumiałość :D

pozdrawiam

Ola


wtorek, 29 października 2013

pielęgnacja moich włosów

jeśli chodzi o pielęgnację to stawiam na włosy!
swojego czasu miałam ombre, a z racji tego, że włosy rosną mi niebywale wolno, to do tej pory mam zniszczone końcówki.
więc przede wszystkim nawilżanie!
moje włosy są cienkie (po mamusi) ale dość zdrowe (przynajmniej u góry).
przedstawiam Wam moją pielęgnację włosów.


1. Szampon Organix Coconut Milk. Rewelacja. Przepadłam. Mam fazę na kokosa i to jest strzał w dziesiątkę. Pięknie pachnie, dobrze oczyszcza włosy z olejów, nawilża. Po umyciu włosy są miękkie, puszyste i pięknie lśnią. W składzie same naturalne składniki: mleczko kokosowe, proteiny białka kurzego, olej kokosowy. Cudo.
2. W tym niepozornym opakowaniu czeka niespodzianka. Jest to olejek Vatika, który wygląda tak:

 

Przelałam go do wygodniejszego opakowania, ponieważ ze względu na to, że zawiera olej kokosowy ma postać stałą i za każdym razem gdybym chciała go użyć musiałabym go podgrzewać.
OPIS: "intensywnie działająca odżywka, która sprawi, że włosy staną się zdrowe i lśniące. Stosowany regularnie zapobiega łupieżowi, poprawia ukrwienie skóry głowy, stymuluje porost włosów i zapobiega ich wypadaniu. doskonały do nawilżania końcówek."
oprócz oleju kokosowego zawiera również hennę, ekstrakt z amli oraz cytrynę. 
olejek nakładam na suche włosy parę godzin przed umyciem. czasem zostawiam go na noc. 
ma piękny zapach, bardzo słodki, nie wszystkim będzie odpowiadał, ale dla mnie to ideał.

3. Olej kokosowy - używam w kuchni i w pielęgnacji :) podobnie jak poprzednika - nakładam parę godzin przed umyciem, czasem zostawiam na noc. włosy po nim są lśniące, miękkie i się nie elektryzują.

4. Olejek arganowy. Nie jest to 100% olej, jest wzbogacony o olejek jojoba i olej słonecznikowy. Nakładam go po umyciu, gdy wcześniej nie miałam możliwości nałożyć Vatiki lub oleju kokosowego. Włosy pięknie się rozczesują, są miękkie i lśniące.

5. Shauma Miękkość Jedwabiu. Idealny na kompleksowe oczyszczanie raz na jakiś czas. Włosy są tak oczyszczone, że bardzo ciężko je rozczesać. Ma ładny zapach i jest wydajny.

6. No i król śpiochów! Pączek. Zakręcam na nim włosy, gdy już wyschną, na noc. Na drugi dzień mam piękne fale, włosy są gładkie, bez "sianka" i nie muszę ich męczyć prostownicą (staram się jej unikać).

Używacie któregoś z tych produktów? Jakieś opinie? :)
Wiem, mam bzika na punkcie kokosa, ale nic nie poradzę. Jest taki zmysłowy i rajski!


Pozdrawiam :)

poniedziałek, 28 października 2013

składniki odżywcze a suplementy

każdy z nas choć raz kupił sobie jakieś cud tabletki, po których miał mieć piękne, lśniące włosy, gładką cerę, widział w ciemnościach etc.
na rynku jest multum takich specyfików.

suplementy diety, bo o nich mowa są plagą naszych czasów. w zeszłym roku przychód krajowych firm wyniósł ok. 2,5 MILIARDA ZŁ. najbardziej pożądane preparaty to błonnik i kompleksy witamin i minerałów. czyli jednym słowem cuda na kiju.
dlaczego cuda na kiju?
a no dlatego.
po co faszerować się tabletkami, skoro można wszystkie potrzebne nam składniki czerpać z pożywienia?
zażywając tabletki, owszem, jakąś część składników przyswoimy, ale na pewno nie w takiej ilości jak w przypadku zwykłego jedzenia.
a firmy farmaceutyczne tylko czekają aż pójdziemy do apteki po cudowny preparat na siłę a la Popeye.
żadne tabletki nie dadzą nam tego efektu, co zbilansowana, właściwie dobrana do naszych potrzeb dieta.
nie mówię tutaj oczywiście o przypadku np. ciąży, gdzie suplementacja kwasem foliowym jest konieczna.
ale np. o preparatach typu Belissa, czy Capivit, które po dłuższym czasie stosowania obciążają naszą wątrobę.

w drugim numerze Women's Health jest super tabela o setce najlepszych produktów, które królują jeśli chodzi o zawartość poszczególnych składników.
proszę ściągnąć, wydrukować i powiesić na lodówce! albo jeszcze lepiej: na apteczce.




pozdrawiam

Ola


niedziela, 27 października 2013

pyszne naleśniki bezmączne

jak obiecałam!
podaję Wam mój przepis na FIT naleśniki :)
są pyszne, słodkie, a przede wszystkim zdrowe.
idealne na śniadanie ponieważ od razu poprawiają humor :)

składniki na jednego naleśnika:
  • 40g twarogu chudego (u mnie Delikate z Biedronki, jest idealnie gładki, daję około 1/6 kostki)
  • jajo
  • łyżka wiórek kokosowych
  • łyżka otrąb pszennych (bądź owsianych)
  • łyżka suszonych owoców (ja najczęściej dodaję rodzynki lub żurawinę) 
roztrzepuję jajko, tak żeby żółtko i białko się połączyły, dodaję resztę składników, mieszam aż twaróg się rozdrobni.
smażę na oleju kokosowym, ale można smażyć bez tłuszczu na teflonie :)

co do dodatków to co kto lubi.
na zdjęciu naleśnik jest posmarowany smażonymi jabłkami, które mam zawekowane, z dodatkiem banana, migdałów i owoców goji, posypanych sezamem.
czasem zamiast banana daję jabłko, albo gruszkę, co mam pod ręką.




smacznego :)


czwartek, 24 października 2013

licencjat

jutro spotkanie z promotorem a ja nie wiem jaki temat wybrać.
na pewno chcę pójść w psychologię, ale nie wiem czy to nie będzie zbyt obszerny temat na 30 stron.




długo mnie nie było, ale zwyczajnie nie mam czasu.
zajęcia - praktyki - zajęcia i tak w kółko.
obiecuję poprawę, już mam nawet parę tematów które chcę poruszyć.
pochwalę się również moimi wypocinami kuchenno-dietetycznymi :)
poszerzę również posty o blok kosmetyczny :)
i będzie więcej zdjęć oraz pozytywnej energii!
idzie zima (w niedzielę zmiana czasu...) a więc trzeba się nastrajać pozytywnie!


jutro napiszę coś więcej!

Pozdrawiam

Ollllla


piątek, 11 października 2013

pierdu pierdu

 


 


tak sobie zamieszczam, bo mi się podobają :)

wczoraj nie robiłam treningu, bo po pierwsze rozwinął mi się nadgarstek i okropnie mnie boli nawet przy zgięciu, a wczorajszy dzień był na Ewkę. a po drugie okropnie się czułam, nie wiem o co chodziło. dzisiaj zresztą też jakaś niemrawa jestem poobiedzie.
hm. to raczej nie wina diety, prędzej dużej aktywności fizycznej, organizm się adaptuje.

dzisiaj wieczorem interwały :)


myślę, żeby zacząć pisać więcej o jedzeniu.
jeszcze nie wiem co to będzie, ale coś wymyślę.
może przepisy, może jakiś blok tematyczny.
pomyślę.


Pozdrawiam


wtorek, 8 października 2013

musisz coś dać, żeby zyskać

dzisiaj coś o wkładzie i zysku. i nie będzie to rozprawa ekonomiczna :D

z racji tego, że dziewczyna z segmentu zajęła mi prysznic, a ja jestem właśnie po Ewce i siedzę cała w pocie postanowiłam przelać trochę tego potu tutaj.

mianowicie: jeśli chcesz coś osiągnąć musisz coś z siebie dać.
np. ja.
zostawiłam dzisiaj na podłodze sporo swoich marzeń, celów i planów.
jak tak będę to robić regularnie to w końcu wykiełkują i będą żywe. realne.
bo żadna roślina zasadzona i raz podlana (w moim przypadku potem) nie wyrośnie.
tak samo nasze wymarzone ja. nic z niego nie będzie jeśli nie zapuścimy korzeni w wysiłku fizycznym, nie będziemy go podlewać zdrowym odżywianiem i pielęgnować odrobiną motywacji.
stale.
nie jak nam się zechce.

a jak roślinka zapuści już korzenie to najcięższe z głowy :)

nic samo się nie wydarzy. trzeba się troszkę wysilić.
im nasz wysiłek większy (nie chodzi mi o samą aktywność fizyczną, ale np. planowanie jadłospisu, czy przezwyciężenie swoich nawyków) tym większe szanse na powodzenie i jeszcze większy efekt.

to tyle.
prysznic wolny, więc ja spadam!




zostawiam Was z moją plamą i przemyśleniami.


/post nie całkiem na poważnie


Ola


poniedziałek, 7 października 2013

rusz tyłek

tak sobie liczyłam zapotrzebowanie kaloryczne i myślałam o współczynniku wysiłku fizycznego, czy jest niski, średni czy wysoki.
i w sumie policzyłam sobie, że średni.
ale potem zdałam sobie sprawę, że pół h wysiłku dziennie i spędzanie reszty dnia przed komputerem i w książkach raczej nie daje średniego poziomu.
dlatego postanowiłam częściej się ruszać. pomijając sport oczywiście.
czytać (uczyć się) na chodząco/stojąco, przejść się gdzieś dla przyjemności, dotlenienia.
moje wnioski mogą być trochę zaburzone przez to, że mój weekend był dość monotonny, a zajęcia na uczelni zaczynam dopiero w środę więc nie było zbyt dużo okazji do ruchu.
ale prewencyjnie byłam dziś poobiedzie na spacerze, bo pogoda cudna :)


póki co trzeba trzymać głowę wysoko, brzuch wciągnięty, plecy wyprostowane i truchtać do wymarzonej sylwetki :)
na efekty przyjdzie czas.
tylko najgorsze jest to, że nie mam cierpliwości.
jestem okropnie niecierpliwa.
dlatego tak ciężko mi o efekty. jak nie widzę ich szybko to rezygnuję.
ale jestem już tego świadoma, zwalczam to i się pilnuję.



"Decydując się wyjść na spotkanie nocy, 
zrobiłem pierwszy krok przybliżający mnie do wschodu słońca."
Gerald L. Sittser

"Nawyk jest nawykiem i nikt nie wyrzuci go przez okno, 
ale może go zepchnąć ze schodów, stopień po stopniu"
Mark Twain






uciekam biegać :)


Pozdrawiam


sobota, 5 października 2013

pora na interwały!

jestem!
miałam napisać coś we wtorek, ale z racji przeprowadzki do Rzeszowa nie było czasu.
trzeci rok rozpoczęty! czeka mnie pisanie pracy licencjackiej i milion godzin praktyk w szpitalu i poradniach. juhu :P
nie no, nie narzekam, w tym roku jakoś to w końcu ogarnęli i wiemy co i jak. :)
plan zajęć nie jest już tak bogaty jak w tamtym roku, więc myślę, że nie będzie problemów z jedzeniem na uczelni :) to mnie cieszy.

póki co mieliśmy jedne zajęcia, z fizjologii wysiłku fizycznego. profesor w porządku, ćwiczenia będziemy mieć typowo praktyczne, czyli przychodzimy na hale i.. w sumie to nie wiem, co będziemy robić, ale mamy mieć dresy, wodę i ręcznik :D

przyznam się szczerze, że przez te kilka ostatnich dni nie odżywiałam się tak jakbym tego chciała, pojawiło się trochę za dużo wina (parę spotkań studenckich :D) i niezdrowych przekąsek.
ale dzisiaj już wszystko wróciło do normy, a rano (tzn o 12...) były INTERWAŁY!
nie było łatwo, ale ciężko też nie.
25 minut w zmiennym tempie: minuta biegu (truchtu) i minuta marszu.
nie jestem pewna, czy można to nazwać interwałami, ale pojawiło się to opisywane uczucie pieczenia w płucach itd. więc raczej zaliczam to do interwałów.
moja kondycja leży i kwiczy więc na razie taki start wystarczy.
a i tak myślałam, czy nie zrobić minuty truchtu i dwóch minut marszu (jak wiosną) ale stwierdziłam, że byłoby za prosto. a skoro dałam radę i nie padłam na ścieżce trupem to była to dobra decyzja :)
na zakończenie marsz do akademika i 145 schodów do ogarnięcia :D

jutro Ewka.

byłam w bibliotece i patrzcie co dorwałam!


jeszcze nie zaczęłam czytać, teraz mam inne lektury do przerobienia, ale na pewno się pochwalę co i jak, jak już ją przeczytam :)


jeszcze tak na zakończenie widok z mojego okna :)


tam biegam! tzn. nie po Wisłoku, nie widać ścieżek :D
a dzisiaj pogoda jest piękna!


pozdrawiam

Ola


sobota, 28 września 2013

nawyki, czyli od dzieciństwa do otyłości

czego mi brakuje w każdym sklepie?


TEGO! w szczególności na mojej uczelni. wydział medyczny, kierunek dietetyka, a w bufecie same słodycze, frytki i pączki.
dobra, znajdzie się miejsce na jakieś jabłko i kanapki, ale to wciąż za mało, żeby zmieniać zwyczaje naszego społeczeństwa.
wydajemy miliony na edukację, a zapominamy o tym, żeby zaczynać u podstaw.
wiadome, że nie można popadać w paranoję, każdy powinien dokonywać świadomych wyborów pomiędzy batonem, a jabłkiem, ale nasz mózg ma to do siebie, że "jemy oczami".
widząc kolorowe etykietki po prostu wariujemy.
czytałam gdzieś, że był pomysł na ustawę mówiącą to tym, żeby produkty wysoko przetworzone były pakowane w szare, nierzucające się w oczy opakowania.
co byście wybrali, mając do wyboru snickersa w szarym opakowaniu, a stojące na półce te załączone wyżej cuda?
no właśnie.
my, dorośli to jeszcze pół biedy, jesteśmy w miarę świadomi (no nie zawsze..) tego, co jemy i co się z tym wiąże. ale wyobraźmy sobie dziecko lat 5, które aż piszczy, gdy widzi kolorowe żelki. to wyrabia zachowania żywieniowe na lata. wiem, bo sama jestem ofiarą słodyczy.
a pomyślmy, co by się działo, gdyby te żelki już wcale nie były takie kolorowe (przynajmniej na opakowaniu?)
cała nadzieja w dobrze wyedukowanych rodzicach, którzy nie idą na łatwiznę i nie wciskają dziecku słodyczy, żeby tylko dało im na chwilę spokój.

a nam, dorosłym, jedyne, co pozostaje to przygotowywać sobie zdrowe posiłki w domu, nawet jeśli ma to się wiązać z noszeniem cały dzień torby wypchanej jedzeniem :)


we wtorek przeprowadzka do Rzeszowa!
nie mogę się już doczekać biegania nad Wisłokiem :)

tak było w tamtym roku:



to był bodajże listopad, w tym roku mam zamiar zacząć od 2. października!
w domu nie biegam, bo zwyczajnie nie ma gdzie. na moim osiedlu jest tak krzywa kostka, że można sobie stopy powykręcać, no i połowa ludzi mnie zna, więc mam jakąś barierę psychiczną.

a w Rzeszowie piękny asfalt nad Wisłokiem, nikt mnie nie zna, mogę biegać bez makijażu etc.
trywialne to trochę, ale czuję się bardziej komfortowo.

tak jak mówiłam zacznę interwały. póki co nabieram wiedzy co do tego tematu.
na razie będzie to trucht 2 minuty i 1 minuta marszu. co drugi dzień.
a w dni bezinterwałowe będę maścić Ewkę.
chciałam zapisać się na siłownię, ale nie stać mnie na to, dopóki nie wpłynie na konto stypendium.
a moja uczelnia ma to do siebie, że nie spieszy się z decyzjami i przelewami, więc zapewne pieniądze będą w połowie listopada.

akurat do tego czasu poćwiczę trochę formę i nie będę zaczynała na siłowni od zera wśród gapiów :D bo to wstyd :D
zrobi się zimno, spadnie śnieg, wtedy się przeniosę na siłownię :)

zrobiłam zapasy lekturowe na kolejny miesiąc a mianowicie:


w tym semestrze będę mieć dwa przedmioty związane ze sportem, więc na pewno się przydadzą :)

czasem przeglądam sobie tumblr'a w poszukiwaniu motywacji i oto mój ideał:


figura piękna, a brzuszek... o mamo! aż się chce biec na siłownię!


do wtorku jestem bez internetu, także do zoba!

Ola


piątek, 27 września 2013

skarby jesieni

wczorajszy post (dzień) nie nastrajał pozytywnie, ale dzisiaj jest już o wiele lepiej :)

byłam u lekarza z wynikami badań, wszystkie są w jak najlepszym porządku
i w końcu spadł mi cukier! ostatnio oscylował w granicach 100mg/dl, a dzisiejsze wyniki pokazały... 81mg/dl!
cieszę się bardzo.
w końcu moje wyrzeczenia słodyczowe do czegoś zobowiązują :)

i cieszę się, że nie pocieszyłam się wczoraj czekoladą bo to dzisiaj by mnie podłamało :)
jestem silna!

wróciłam od lekarza a na stole czekały mnie takie cuda:



moja mama uwielbia chodzenie po lesie, mogłaby tak codziennie (a kilka razy w tygodniu to już standard!)
dzisiaj miała wielki połów, chodzi uśmiechnięta od ucha do ucha i podryguje w rytmie radiowej Trójki :) (co, przyznam się nieskromnie, jest moją zasługą :D)
ja osobiście nie przepadam (delikatny eufemizm) za grzybobraniem i jej zostawiam tą przyjemność :)

inne skarby natury to te oto gruszki, pochodzące z babcinego podwórka, które rozpływają się w ustach :)


najbardziej uwielbiam je w postaci musu dodanego np. do kaszy jaglanej na mleku. i czasem, w gorsze dni (jak ten wczorajszy) pozwalam sobie dodać gorzkiej czekolady, meega połączenie.

a te oto cudeńka:

 


to najsłodsze winogrona jakie jadłam :) pełne flawonoidów, potasu, fosforu i wapnia :)
a przede wszystkim SMAKU.


czwartek, 26 września 2013

nie dla ludzi o słabych nerwach

UWAGA! post ten nie jest dla ludzi o słabych nerwach!

paskudny dzień dzisiaj mam.
wstałam skoro świt na badania krwi, oczywiście nie obyło się bez komplikacji w przychodni.
wróciłam i zjadłam ogromne śniadanie (może to przez pobranie krwi, a może przez to, że nie zwykłam zwlekać ze śniadaniem prawie godzinę).
spakowałam część rzeczy, które pojadą na studia.
zawekowałam zasmażane jabłka.
poczytałam książkę, wypiłam kawę.

a mimo to mam obniżony nastrój.
nic mi się dzisiaj nie klei, chodzę smętna, zmulona, sflaczała.
smutna po prostu.
deszcz leje nieprzerwanie od godziny 9 rano, a ja mam ochotę zakopać się pod kocem i spać.
w sumie to nie. mam ochotę na ogromną czekoladę z milionem kcal, pryszczy i kilogramem poczucia winy.
dobrze, że jest taka paskudna pogoda, bo nie spieszy mi się wyruszać do sklepu, a byłabym do tego skłonna.
na szczęście mam pod ręką wino z porzeczki przywiezione od wujka, wiem, że to słaby pomysł na "diecie" ale cóż mi pozostało?

chcę już pojechać na studia, zająć się czymś konkretnym, nie myśleć o głupotach, które sprawiają, że czuję się podle, a cały świat traci barwy.

świat jest piękny, ludzie są super.
ale nie dzisiaj. dzisiaj świat jest okrutny, bezlitosny i mdły. ludzi nie ma w ogóle.
jestem ja sama z kieliszkiem wina.




środa, 25 września 2013

nie stresuj się

pisałam gdzieś niedawno o książkach, które nabyłam w bibliotece.
jedną z nich była pozycja

 "Dlaczego zebry nie mają wrzodów? Psychofizjologia stresu." Roberta M. Sapolsky'ego 


wydanie z 2010 roku, ponieważ są wcześniejsze edycje (nic w świecie nauki nie jest stałe)
był to strzał w dziesiątkę :)

napisana świetnym, prostym językiem, pełnym metafor i zabawnych historii oraz adnotacji.

najważniejszymi zagadnieniami, które mnie interesowały była rola stresu w związku z żywieniem oraz ze snem.

jak pisałam we wcześniejszym poście, stres ma ogromne znaczenie w obniżaniu poziomu naszego zdrowia.

po pierwsze:
mocno się zestresuj, a najdzie Cię ochota na jedzenie lub odwrotnie - stracisz apetyt.
dlaczego tak się dzieje? dlaczego jedni pałaszują pół lodówki w obliczu podwyższonych ilości glikokortykoidów (główny hormon stresu) a inni nawet o tym nie myślą?

Sapolsky tłumaczy to tak:
"Podczas działania stresora zarówno apetyt jak i magazynowanie energii były tłumione, natomiast energia już zmagazynowana była mobilizowana. Co wydaje się logiczne w okresie następującym po stresującym zdarzeniu? To oczywiste: odzyskaj siły, odwróć proces. Zablokuj mobilizowanie energii, magazynuj składniki odżywcze krążące we krwi i skombinuj ich jeszcze więcej. Apetyt rośnie."

wspomniane wcześniej glikokortykoidy zdają się stymulować apetyt. i tu pojawia się wspomniana we wcześniejszym poście leptyna - hormon sytości. naukowcy doszli do wniosku, że glikokortykoidy zmniejszają wrażliwość mózgu na leptynę, osłabiając za jej pomocą sygnały o sytości. w rezultacie jesz więcej.
ale jak pisze Sapolsky:
"Naprawdę fascynujące jest to, że glikokortykoidy nie przyczyniają się po prostu do zwiększania apetytu - one przede wszystkim pobudzają apetyt na pokarmy pełne skrobii, cukru i tłuszczu, a my sięgamy po kruche ciasteczka w polewie czekoladowej zamiast po seler naciowy."

a co jest odpowiedzialne za hamowanie apetytu w obliczu stresora? jest to CRH (hormon powodujący wydzielanie glikokortykoidów). pisząc pokrótce ma on właściwości hamujące apetyt.

jak to w końcu jest? CRH hamuje apetyt, glikokortykoidy robią coś wręcz przeciwnego, a oba hormony są uwalniane podczas stresu?
Sapolsky pisze:
"Kluczowe znaczenie ma tutaj czas. Kiedy pojawia się zdarzenie stresowe, w ciągu kilku sekund następuje gwałtowny wzrost wydzielania CRH [czyli nie masz apetytu],(...) a na pojawienie się fali glikokortykoidów we krwi potrzeba wielu minut. Różnica w czasie jest także widoczna w szybkości, z jaką te hormony działają w różnych częściach ciała. Efekty CRH pojawiają się w ciągu sekund, a glikokortykoidy potrzebują minut, często nawet godzin, żeby ujawnić swój wpływ. W końcu kiedy stres minął, w kilka sekund pozbywamy się CRH z krwiobiegu, ale usuwanie glikokortykoidów trwa godzinami. (...) Procesy trawienne ruszają na nowo i twój organizm może na nowo rozpocząć uzupełnianie zapasów energii (...). Apetyt zostaje pobudzony."

czyli po polsku: właśnie spotkałaś chłopaka, który tak bardzo ci się podoba, z jakąś obcą dziewczyną. CRH buzuje Ci w krwiobiegu, a Ty masz ścisk w żołądku i czujesz pulsujące żyły. jakiś czas później - gdy już się uspokoisz, CRH zanika i w zamian dają znać o sobie glikokortykoidy, organizm wraca do normy, ale był tak zestresowany tym stresem, że musi doładować baterie - więc idziesz do pobliskiej cukierni i kupujesz bajaderkę.

przykład może i infantylny, ale przypuszczam, że każda z nas przeżyła podobne doświadczenie :)

sztuka polega na tym, żeby zamiast do cukierni, pójść do księgarni po nową książkę i ją przeczytać. albo wrócić do domu, wskoczyć w sportowy ciuch i iść pobiegać. albo spotkać się z przyjaciółką, wyładować swoje rozczarowanie i napić się kawy. (bez cukru!)
są to sztuki radzenia sobie ze stresem, wymieniłam tutaj m. in. wysiłek fizyczny i wsparcie społeczne/emocjonalne, pomocne w takich sytuacjach bardziej niż ciasto z bitą śmietaną, które wiadomo czym się skończy.

inną kwestią, którą chcę poruszyć jest związek stresu ze snem.

"Po co śpimy? Bez tego umrzesz. Umierają nawet muszki owocówki. Najbardziej oczywista odpowiedź brzmi, że potrzebujesz chwili, kiedy twój mózg działa na pół gwizdka, żeby odbudować zapasy energii. Mózg zużywa nieprawdopodobne ilości energii, aby zrobić te wszystkie wyliczenia, skomponować symfonię czy co tam jeszcze robisz. Mózg stanowi około 3% wagi twojego ciała, a potrzebuje niemal jednej czwartej energii. Magazyny pustoszeją w ciągu dnia i potrzeba solidnej dawki głębokiego snu, żeby je ponownie zapełnić."

"Pozbaw się snu, a spowodowany snem spadek poziomu hormonów stresu nie wystąpi. Zamiast tego, co nie jest zaskoczeniem, poziomy glikokortykoidów się podnoszą i układ współczulny jest aktywny; spadają poziomy hormonu wzrostu [pisałam o tym we wcześniejszym poście] i różnych hormonów płciowych. Deprywacja [niedobór] snu zdecydowanie stymuluje wydzielanie glikokortykoidów [czyli jak pisałam - zmniejsza się "przyswajalność" leptyny i chodzimy głodni]"

nic odkrywczego, bez badań naukowych wiemy, że niedobór snu nie jest niczym dobrym, ale warto wiedzieć, jakie jeszcze konsekwencje oprócz złego samopoczucia wywołuje.

na zakończenie zacytuję coś co może mieć słodko-gorzkawy wyraz:

"To jest właśnie istota działania stresu. Nie ma jednego katastrofalnego efektu, jednego samotnego snajpera. Zamiast tego kopanie, poszturchiwanie i blokowanie tam i tu, które trochę psuje to, zmniejsza efektywność tamtego. I w ten sposób zwiększa się prawdopodobieństwo, że w którymś momencie cała konstrukcja się zawali."

dlatego ku przestrodze proszę: nie stresuj się! są rzeczy, których zmienić nie możesz i na które nie masz wpływu, warto nauczyć się z nimi radzić, stosować odpowiednie techniki radzenia sobie ze stresem i nauczyć się RE - LA - KSO - WAĆ!
szukaj "ucieczki" tam, gdzie jest Ci "po drodze", ruszaj się, bo nic tak nie łagodzi stresu jak dodatkowa dawka endorfin, spotykaj się z przyjaciółmi, poczuj od nich wsparcie, powiedz o swoich troskach, nie zamykaj się na ludzi.
naucz się dawać. wstąp do kółka różańcowego jeśli to Ci sprawia radość. nie bój się powiedzieć komuś tego co czujesz, nawet jeśli są to emocje negatywne (a raczej przede wszystkim jeśli takie są).
po prostu rób wszystko żeby być i czuć się szczęśliwym :)






temat dość obszerny, ja starałam się go jak najbardziej skrócić nie tracąc przy tym kwintesencji książki. Sapolsky opisuje multum badań pod kątem stresu, niektóre naprawdę zadziwiające, dlatego polecam tą książkę każdemu, kto choć trochę interesuje się nauką, a nie będzie to zmarnowane 400 stron :)
książka stanowi też uzupełnienie wiedzy medycznej, która niby przewija się gdzieś na zajęciach, czy nawet w naszym życiu, a nie zdajemy sobie z tego sprawy.

pozdrawiam

Aleksandra